niedziela, 23 grudnia 2012

Pierniczki bożonarodzeniowe



Gwiazdka tuż, tuż i pewnie nie tylko w Cynamonowym trwa właśnie kulinarne szaleństwo na granicy rozsądku. Wiem jedno – nic tak nie relaksuje, jak robienie pierniczków. Najlepiej ze świąteczną muzyką i bez pierniczenia na zawodowe tematy. Ma być miło! W tym roku do dekoracji nie mam cierpliwości, więc stawiam na formę. Foremki do pierniczków zakładane na kubek pojawiły się niedawno w Tchibo (nie śmiejcie się) i wiem, że będę do nich wracać bardzo często. Pierniczki robię co roku, niezmiennie według tego przepisu od 10 lat. Zaraz po upieczeniu są mięciutkie, ale szybko twardnieją. Najlepsze stają się po kilku dniach, gdy znów robią się łamliwe. Jeśli chcecie przygotować je jeszcze dziś, a już jutro podać na wigilijny stół, też jest na to metoda. Wystarczy na noc zamknąć je w szczelnym pudełku, przełożone skórkami od jabłek. Nie tylko staną się miękkie, ale też nabiorą prawdziwie jabłkowego aromatu.


Pierniczki bożonarodzeniowe

3 ¼ szklanki mąki pszennej
½ szklanki brązowego cukru
¼ szklanki białego cukru
200 ml (pół słoiczka) miodu
2 łyżki melasy (opcjonalnie)
2 łyżki kakao
4 łyżki jogurtu lub maślanki
6 łyżek masła lub margaryny
2 jajka
3 -4 łyżeczki przyprawy do piernika (kupnej lub własnej mikstury)
2 łyżeczki sody


Miód z cukrem, kakao, margaryną i przyprawą do piernika roztop na gazie. Gdy masa przestygnie, dodaj całe jajka, mąkę z sodą i jogurt. Ugniataj ciasto, w razie potrzeby podsypując mąką. Uformuj z ciasta zwartą kulkę i zostaw ją na 1½ -2 godziny w cieple, a wierzch posyp mąką. Okryj ściereczką. Po leżakowaniu, rozwałkuj ciasto na grubość ok. 0,5 cm i wykrawaj ciasteczka. Piecz 10 minut w temperaturze 175 C.


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Subiektywny przegląd prezentów gwiazdkowych dla żarłoków


Do Wigilii został dokładnie tydzień, a ty ciągle nie wiesz co włożysz pod choinkę bliskiemu twemu sercu żarłokowi? Wchodzisz do Empiku i dostajesz oczopląsu? Znam to. Na rynku coraz więcej pięknie ilustrowanych publikacji o gotowaniu, ale zorientowanie się czym tak naprawdę się różnią (oprócz nazwiska autora) wcale nie jest bułką z masłem. Bo jak trafić w nie do końca znane gusta wymagającej cioci i nie obrazić hipsterstwem babci-tradycjonalistki? Nie wpadajmy w panikę. Niezależnie od tego czy chcesz obdarować mamę, siostrę czy brata, mój subiektywny przegląd nowych wydawnictw kulinarnych pomoże wyjść cało z najgorszych przedświątecznych opresji.


  1. Dla młodych hipsterów z vintage inklinacją
Jeśli osoba, którą zamierzasz obdarować uwielbia gotować, a w dodatku jest wyraźnie alternatywną postacią (lub przynajmniej chciałaby taką być), na pewno ucieszy się z najnowszej książki Sophie Dahl „Na każdą porę”. Sophie w otoczeniu vintage przedmiotów przygotowuje takie cuda jak burgery z ciecierzycy z sosem tahini, lazanie z tofu, francuskie tosty orkiszowe czy sałatka z soczewicy.

Dla kogo? Dla wszystkich antyfanów Jamiego i Nigelli.

Sophie Dahl
Na każdą porę
Wydawnictwo FILO
54, 49 zł








  1. Dla użytkowników Cyfrowego Polsatu
Ukochana ciocia nie przegapi żadnego odcinka Kiepskich, uwielbia Ewę Wachowicz i Grycanki? Właśnie z myślą o niej na rynku ukazała się książka autorstwa Marty Grycan „Kuchnia Haute Couture”. Oprócz dość kuriozalnych zdjęć przedstawiających życie naszych polskich Carringtonów, czytelnik znajdzie tam sporo sensownych przepisów, nie tylko na słodkości.

Dla kogo? Dla wszystkich kochających białe kozaczki.

Marta Grycan
Kuchnia Haute Couture
Wydawnictwo G+J
47, 49 zł








  1. Dla wiernych kolekcjonerów
Nie łudź się, Twój obdarowany ma już prawdopodobnie wszystkie dotychczasowe książki Nigelii, również „Nigella świątecznie”, która przy tej okazji byłaby najlepszym wyborem. Istnieje jednak cień szansy, że nie ma tej ostatniej, poświęconej włoskiej kuchni. Od momentu wydania „Nigellisima” doczekała się wielu mniej i bardziej pozytywnych recenzji, ale być fanem Nigelli i nie mieć jej ostatniej książki na półce, to jest dopiero wstyd!

Dla kogo? Dla wiernych fanów Nigelli, nie zrażonych jej nową, nienaganną figurą.

Nigella Lawson
Nigellissima. Włoskie inspiracje
Wydawnictwo FILO
57,41 zł








  1. Dla cierpliwych followersów 
Szukasz prezentu dla fana Podlasia, romantycznych zdjęć i koronki? Dla kogoś, kto bez przerwy wszystko wokół fotografuje, buja się po drogich kawiarniach albo przynajmniej marzy o tym by w godzinach pracy wstawiać do piekarnika własne croissanty i dekorować pianką swoją latte? Bez wątpienia ta osoba od lat cierpliwie odwiedza pewien blogowy adres. Jeśli nie jest to niestety Cynamonowy dom, prawdopodobnie chodzi o White Plate – blog Elizy Mórawskiej. Znana internautom jako Liska, właśnie wydała swoją pierwszą książkę dotyczącą przepisów na słodkości. Dobry pomysł na prezent dla fana Elizy, ale nie najlepszy dla zaawansowanej cukiernicy (lub cukiernika).

Dla kogo? Dla estetów szukających podstaw.

Eliza Mórawska
White Plate. Słodkie
Wydawnictwo Dwie Siostry
57,41 zł








  1. Dla światowców z budżetem 
Jeśli osoba, którą masz obdarować uwielbia podróże, ma otwarty umysł i nie boi się eksperymentów w kuchni w wykonaniu sepleniącego blondyna, ta książka jest dla niego. Zawiera wiele ciekawych, naprawdę dobrych przepisów rodem z Hiszpanii, Francji, Grecji, Włoch i innych miejsc, które twoja osoba prawdopodobnie już odwiedziła. Nie zaszkodzi zatem dokupić jakieś kulinarne akcesoria z kuchennej serii Jamiego, by uniknąć rozczarowania.

Dla kogo? Dla wszystkich, którzy lubią na bogato.

Jamie Oliver
Kulinarne wyprawy Jamiego
Wydawnictwo Insignis
57,84 zł








  1. Dla ciekawskich patriotów
Ostatnia książka przeglądu to najlepszy pomysł dla wszystkich, którzy w kuchni szukają czegoś więcej niż tylko znane twarze i ładne obrazki, a w dodatku cenią polską kuchnię. „Historia polskiego smaku” duetu Mai i Jana Łozińskich to dobrze napisana opowieść o polskiej sztuce kulinarnej, jedzeniu i etykiecie. Dzieje polskiej kuchni od średniowiecznych biesiad po wystawne brunche XXI wieku. 

Dla kogo? Dla starszaków, co lubią czytać.

Maja Łozińska, Jan Łoziński
Historia polskiego smaku
Wydawnictwo Naukowe PWN
73,94 zł








*Zamieszczone ceny pochodzą ze strony empik.com.

czwartek, 13 grudnia 2012

Siedzo i klejo cepeliny …



Skoro koniec świata i tak blisko, czas na wstydliwe wyznanie: uwielbiam polskie kluchy! Kiedy Agata wpadła ostatnio na pomysł robienia cepelinów, nie trzeba było mnie długo namawiać. Tania kuchnia kryzysowa lepsza niż niejeden wykwintny suflet. Cepeliny to oryginalnie danie litewskie. W Polsce popularne głównie na Suwalszczyźnie, gdzie cepeliny znane są jako kartacze. Pierogi, pyzy, kluski, kopytka – proste polskie jedzenie i tysiące różnych pomysłów na wykonanie. Nasz przepis mogę polecić z czystym sumieniem. Sam farsz jest znakomity (wyszło nam trochę za dużo, więc został zamrożony i czeka na lepsze czasy) a ciasto nie rozpada się i jest jeszcze lepsze następnego dnia.

Całkiem ciekawy jest cepelinowy patent Makłowicza. Makłowicz wyciska starte ziemniaki przez gazę do naczynia. Delikatnie odlewa ziemniaczaną wodę i zostawia na dnie sam krochmal, czyli gęstą galaretkę, którą dodaje do ciasta. Przyznaję, że jest to dobry sposób na idealne związanie ciasta. Możecie spróbować, choć przy naszym przepisie nie jest to konieczne. (Jest tam już mąka ziemniaczana).

Tradycyjnie cepeliny popija się miodowym piwem lub kwasem chlebowym. Tak więc kobity siedzo i cepeliny klejo, a chłopy jedzo obowiązkowo przy dźwiękach Led Zeppelin... A przechodząc od czerstwych żartów do ważnych faktów. O różnej maści pierogach i generalnie o sztuce lepienia dowiecie się więcej na rodzinnych warsztatach pierogowych w najbliższą niedzielę – 16 grudnia br. – w Fortecy (ul. Zakroczymska 12). Będzie Świąteczny Kiermasz Produktów Regionalnych, sprawdzone przepisy na ciasto i nieoczywiste farsze. Więcej na temat akcji znajdziecie na stronie organizatora Slow Food Warszawa i na Facebooku. http://www.slowfood.waw.pl/

Na ok. 25 cepelinów

CIASTO
1 ½ kg surowych ziemniaków
½ kg ugotowanych ziemniaków
3 jajka
5 łyżek mąki ziemniaczanej
3 łyżki kaszy manny
Sól do smaku

FARSZ
350-400 g najlepiej łopatki wieprzowej
2 cebule
1 średnia marchewka
4 ząbki czosnku
Majeranek
Sól, pieprz do smaku


Obierz surowe ziemniaki, zetrzyj na tarce o średnich oczkach i odciśnij soki przez gazę. Pozostałe ziemniaki ugotuj i zetrzyj na tarce o dużych oczkach. Połącz ziemniaki surowe z gotowanymi, dodaj jajka i pozostałe sypkie składniki. Pokrojone mięso podsmażaj na smalcu przez kilka minut. Dodaj posiekaną i podsmażoną oddzielnie do szklistości cebulę, pokrojoną marchewkę i czosnek. Dopraw do smaku, a majeranek przed wrzuceniem rozetrzyj w dłoni, uwolniając jego aromaty. Całość duś pod przykryciem około pół godziny, wystudź i zmiel. Na dłoni formuj owalne placki o grubości ok. ½ cm. Doładuj łyżkę mięsa, zaklej gotuj w osolonej wodzie ok. 20 minut aż do wypłynięcia. Podawaj z okrasą, masłem lub kwaśną śmietaną.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Risotto z groszkiem i krewetkami

Kiedy temperatura spada poniżej zera, nabieram chęci na jednogarnkowe dania, zawiesiste i pełne smaku. W przygotowaniu tego risotta niestety posiłkowałam się mrożonkami. Aż strach pomyśleć, jak wspaniale musi smakować jego wakacyjna wersja, ze świeżymi, sezonowymi warzywami. Siłą risotta o choćby najprostszym przepisie jest jakość jego składników. Kiepskie wino lub ser „prawie jak” może zrujnować nasze najlepsze chęci. Czasem warto szarpnąć się na coś ekstra. ;-) Przynajmniej tak mówił Jamie Oliver podczas swojej włoskiej wyprawy. Użyłam ryżu arborio, który jest okrąglejszy niż ryż klasyczny, dzięki czemu lepiej wchłania płyny. Możecie jednak dodać ten najzwyklejszy, nie upieram się.


Risotto z zielonym groszkiem i krewetkami

Porcja dla 4 osób

1 litr bulionu drobiowego
2 łyżki oliwy
ok. ¼ kostki masła
1 duża cebula
3 ząbki czosnku
400 g ryżu arborio
duży kieliszek wytrawnego wina
ok. 100g startego parmezanu
150 g zielonego groszku
150 g (lub więcej) baby krewetek
Sól i pieprz
Sok z cytryny do smaku
Pietruszka lub szczypiorek opcjonalnie

Rozgrzej oliwę i połowę masła na patelni, dodaj posiekaną cebulę i połowę czosnku, duś do miękkości na małym ogniu. Następnie dodaj ryż. Zacznie się smażyć, więc musisz cały czas go mieszać, aż zrobi się szklisty. Dolej wtedy wino i poczekaj aż ryż wchłonie płyn, a alkohol wyparuje.  Dolej połowę bulionu, cały czas mieszając. Dopraw do smaku. Jeśli masz mrożone krewetki, zalej je na minutę wrzątkiem. Odlej wodę i dokładnie wysusz najlepiej na papierowych ręcznikach. Na drugiej patelni, na zimne masło wrzuć czosnek (dzięki temu nie będzie gorzki) i za chwilę wrzuć krewetki. Podsmażaj 2-3 minuty, skrop sokiem z cytryny. Do naszego risotto dodaj groszek, krewetki na maśle i drugą część bulionu. Całość się przegryzie a ryż wchłonie wszystkie smaku. Na sam koniec, gdy zdejmiesz risotto z ognia dodaj resztę masła, parmezan i coś zielonego, jeśli masz pod ręką.

PS. Risotto trzeba zjeść zaraz po przygotowaniu. Odgrzewanie dania już po dodaniu parmezanu kończy się przypaleniem. Inspirację dla tego przepisu było Risotto bianco by Jamie Oliver.

czwartek, 6 grudnia 2012

Rocky Road

Kiedy patrzę na tłumy już od kilku dni oblegające galerie handlowe, utwierdzam się w przekonaniu, że droga do świąt nie zawsze usłana jest różami. Czasem jest wyboista i pełna niespodziewanych, ostrych zakrętów… Zaczynam tęsknić za czasami, gdy wszystkie prezenty robiło się samemu w domu. Na szczęście moda na domowe upominki chyba powoli powraca. Bardzo mnie to cieszy. Może nie jestem Reni Jusis, butów czy koszuli sama raczej nie uszyję, ale chyba nikt się nie obrazi, jeśli zostanie obdarowany własnoręcznie przygotowanymi czekoladkami, prawda? Czekoladki Rocky Road, czyli po naszemu kostka brukowa, to nic innego jak pianki marshmallows, orzechy i dobra czekolada. Tak naprawdę od was zależy, co znajdzie się w przepisie. Możecie dorzucić herbatniki, ulubione bakalie – bez obaw, czekolada przyjmie wszystko.


Na 20 porcji.

200 g mlecznej czekolady
25 g gorzkiej czekolady
75 g małych pianek marshmallow
75 g orzechów (ja użyłam laskowych)

Rozpuść połamaną czekoladę w mikrofali lub kąpieli wodnej. (Kąpiel wodna = oprzyj mniejszy garnek z czekoladą rantem o większy z wrzącą wodą.) Rozpuszczoną czekoladę zdejmij z ognia i dodaj pianki. Ja miałam duże, więc pocięłam je nożyczkami kuchennymi na małe kwadraciki. Dorzuć orzechy i wymieszaj. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładaj czubate łyżki i odstaw w zimne miejsce, ale nie do lodówki, gdyż tam czekolada zmatowieje. Najprostszy przepis na kostkę brukową znajdziecie w książce Nigelli „Jak być domową boginią.” 


niedziela, 2 grudnia 2012

Muffiny marchewkowo-serowe

Pracowity tydzień z jedzeniem w biegu na szczęście za mną. Wczoraj rzuciłam się w wir nadrabiania kuchennych zaległości, czego efektem są muffiny marchewkowo-serowe. Inspiracją był przepis z najnowszej książki Sophie Dahl „Na każdą porę”. Sophie zamieściła go w dziale „Letnie śniadania”, ale dla mnie to wybitnie zimowy deser, takie preludium do świątecznego piernika. Ciasto jest wilgotne i bardzo aromatyczne, a krem aksamitny i nieprzesłodzony. Dokładnie takim kremem przekładam Red Velvet Cake, jeden z moich ulubionych, typowo amerykańskich tortów. Przepis oczywiście tuninguję. Sophie proponuje mąkę orkiszową, ja użyłam pszennej. Zamiast ciepłej wody dodaję do ciasta mleko, a krem ma moim zdaniem lepszą konsystencję z choćby niewielką ilością masła. Zamiast Philadelphii używam kremowego serka śmietankowego Turek, który obecnie jest chyba jego jedynym tańszym i udanym odpowiednikiem. Miałam pod ręką rękaw cukierniczy i trochę czasu, więc postarałam się o sklepową, cupcake’ową wersję muffinków. Muszę jednak przyznać, że bardzo lubię krem niechlujnie nałożony nożem lub szpatułką, lekko oprószony cynamonem. Takie przypomnienie, że muffiny są homemade.



Porcja na 12-14 muffinów

200 g cukru (niecała szklanka)
160 g mąki (1 ¼ szklanki)
1 łyżeczka sody
¾ łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżka przyprawy do piernika
szczypta gałki muszkatołowej
185 ml oleju bezsmakowego (3/4 szklanki)
2 jajka
1 ½ startej na średnich oczkach marchewki
1/3 szklanki mleka

Krem

250 g (2 opakowania) serka Philadelphia lub odpowiednika
1/3 kostki masła (60 g)lub po prostu kilka łyżek
1/2 szklanki (120 g) cukru pudru  
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Rozgrzej piekarnik do 180C. Ubij jajka z cukrem i olejem. W osobnej misce wymieszaj sypkie składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy. Dodaj startą marchewkę. Połącz sypkie składniki z masą jajeczną i dolej mleko. Wymieszaj wszystko i rozkładaj ciasto do papilotek. Piecz ok. 25 minut. By przygotować krem, zmiksuj masło w temperaturze pokojowej z cukrem pudrem. Dodaj serki, ekstrakt i ucieraj do uzyskania gładkiej masy.


niedziela, 25 listopada 2012

Urban Market vol. 3

Wczoraj odwiedziłam trzecią edycję warszawskiego Urban Market. W 1500 m2 do wynajęcia było gwarno i tłoczno, podobno impreza rozrasta się z roku na rok. Fajna inicjatywa, która w jednym miejscu gromadzi różnych, większych i mniejszych pasjonatów kuchni. Kolejne metry targowiska zajęły domowe biznesy slow food, nowości wydawnicze, designerskie ubrania, sprzęt kulinarny i dość dobrze znane już restauracyjne smakołyki.


Piękne stoisko zaprezentował oczekiwany magazyn Kukbuk, który znajdziecie w kioskach już w przyszłym tygodniu. Magazyn Smak szukał kulinarnych inspiracji, Books for Cooks prezentowało książkowe nowości, a wydawnictwo Dwie Siostry reprezentowane przez Cierpliwego Pana odpowiadało na pytania ciekawskich czytelników.


Udało się też popróbować wystawionych pyszności. Mocnym punktem okazał się hummus z suszonymi pomidorami od Beirut humus & music bar, grzaniec i trufle od Kukbuk, sajgonki i ciastka z sosem rybnym od slodkokwasna.pl… Wystawili się także między innymi, Klub Komediowy Chłodna 25, made with love i my’o’my. Rychłe otwarcie obiecali ludzie z Bistroteki Widok No8. Czekam z ciekawością. A na zewnątrz pojawiła się mocna reprezentacja ulicznego jedzenia: Zapiekanka Snack Bus i  Soul Food Bus.


Moim odkryciem dnia jest zdecydowanie internetowy sklep www.makutra.com . Znalazłam tam kilka sprzętów, których poszukuję od dawna, m.in. formy do tartinek z wyjmowanym dnem w rozsądnych cenach. A po wszystkim piwko w Sto900. Miło…

sobota, 24 listopada 2012

Brownies z dulce de leche

Kiedy pisałam, że kilka przepisów z książki „Słodkie życie w Paryżu” zasługuje na natychmiastowe wypróbowanie, nie żartowałam. Wczoraj zabrałam się za Brownies a la confiture de lait, czyli czekoladowo-kajmakowe kwadraciki, które otworzyły Davidowi Lebovitzowi w Paryżu wiele drzwi. Gwarantuję, że wam również osłodzą życie. Ja ciągle szukam tego jedynego, najlepszego przepisu na Brownie i myślę, że propozycja autora książki mocno zbliżona jest do ideału.


8 łyżek (120 g) masła (solonego lub nie)
170 g gorzkiej czekolady (przynajmniej 60% kakao)
¼ szklanki niesłodzonego kakao
3 duże jajka w temperaturze pokojowej
szklanka (200g) cukru
łyżeczka ekstraktu z wanilii
szklanka (140g mąki)
szklanka (250 ml) kremu kajmakowego lub krówki (puszka skondensowanego, słodzonego mleka)

Jeśli nie dodajesz gotowej krówki (nie polecam), kup puszkę skondensowanego słodzonego mleka i na 3 godziny wrzuć do gotującej wody. To najłatwiejsza opcja przygotowania kajmaku, choć nie najszybsza. Weź pod uwagę, że musisz potem jeszcze wystudzić puszkę z kajmakiem. Przy kolejnej okazji napiszę więcej o tym, jak w krótszym czasie zrobić kajmak w piekarniku. 


Póki co, rozgrzej piekarnik do 180CKwadratową blachę o boku 20 cm wyłóż papierem do pieczenia. Rozpuść masło na małym ogniu, dodaj czekoladę i gdy wszystko się rozpuści, zdejmij rondelek z kuchni i wmieszaj kakao. Gdy masa nieco ostygnie, dodaj jajka, jedno pod drugim. Wymieszaj a następnie połącz masę z mąką, cukrem i ekstraktem z wanilii. Otwórz puszkę z przestygniętym kajmakiem. Połowę masy na Brownie wylej na blachę. Łyżeczką do herbaty nakładaj kulki z kajmaku wielkości śliwek, w regularnych odstępach od siebie. Gdy skończysz, delikatnie przeciągnij nożem po kajmaku, ale bez przesady. Wylej pozostałą część ciasta i ponownie porozkładaj kajmakowe kulki, ponownie delikatnie rozsmaruj. Piecz przez 45 minut, do momentu gdy środek lekko się zetnie. Nie przetrzymuj ciasta za długo w piekarniku, zbytnio wyschnie i straci swoją czekoladową głębię. Wyjmij z piekarnika i zostaw do całkowitego ostygnięcia. Pokrój na kawałki. Bon appetit!


środa, 21 listopada 2012

Cumpleaños w Dos Tacos – Mexican Grill

No dobrze amigos, dziś relacja z mojej szybkiej wizyty w lokalu, do którego nie trafiłabym, gdyby nie pewne huczne pierwsze urodziny i salsowe towarzystwo bliskiej mi osoby. Mowa o restauracji Dos Tacos – Mexican Grill, która w zeszłym tygodniu skusiła mnie zaproszeniem na swoje cumpleaños. 


Nie będę udawać, że w tak krótkim czasie udało się spróbować wszystkich dań z karty. Za to 1:0 dla nas w kwestii degustacji Corony i margarity… Zdecydowanie konieczne będą tu poprawiny, zanim z czystym sumieniem wykrzyknę „Lubię to”. Jest jednak kilka rzeczy, o których już teraz mogę wspomnieć. Na pewno będąc w Dos Tacos warto spróbować tradycyjnej meksykańskiej pozole, czyli rozgrzewającej zupy z wołowiną i białą kukurydzą. Pozole serwowana jest oddzielnie z sałatą i limonką. (Sałatka trafia do wywaru). Nie jest to danie, które znajdziecie w wielu innych meksykańskich kuchniach. Próbowałam i mogę spokojnie polecić. Tacos serwują świeże i smaczne, bez zarzutu. Mają też takie specjały jak ananasowa salsa i churros z gorącą czekoladą. Churros to słodkie paluchy z ciasta ptysiowego. Nie wiem jak w Meksyku, ale w Hiszpanii churros jest popularnym jedzeniem ulicznym. Podjadają je zwłaszcza powracający nad ranem imprezowicze. W Dos Tacos porcje nie są małe, a w drinkach nie żałują alkoholu. Ceny adekwatne do jakości (15-40 zł).


Miłym zaskoczeniem była muzyka na żywo, a także obecność wielu meksykańskich twarzy. Wiadomo, że gdzie jedzą swoi, tam karmią najlepiej. Dla mnie największym minusem i jednocześnie powodem, dla którego normalnie raczej bym tam nie trafiła jest lokalizacja. Dos Tacos znajduje się na V piętrze Millennium Plaza. Otwarcie knajpy w takim miejscu, mocno wyludnionym po 18, należałoby rozpatrywać w kategorii: „Challenge Accepted”. Nie jest to więc dobra miejscówka dla kogoś, kto co wieczór próbuje zapomnieć o swoich korpo-dniach. Na pewno jest to lokal bardziej na fiestę ze znajomymi niż romantyczną kolację we dwoje. Na pierwsze urodziny życzę im bardzo gorąco nowego adresu!


PS. Wybaczcie kiepską jakość zdjęć. Gdy na stole pojawia się tequila, aparat zaczyna odmawiać posłuszeństwa... ;)

Dos Tacos – Mexican Grill
Al. Jerozolimskie 123A
Millennium Plaza, V piętro, Plac Zawiszy

niedziela, 18 listopada 2012

GOOD FOOD FEST 2012


Efekt naszej ciężkiej pracy!
Tomek Woźniak w akcji
Się pichci.
Cały wczorajszy dzień sprawdzaliśmy dobre jedzenie na GOOD FOOD FEST. Było trochę zimno, ale poza tym na szczęście ciekawie i różnorodnie. Organizatorzy z tajemniczej multijęzykowej szkoły gotowania Food for Friends ruszyli ze sporym projektem rodzinnego festiwalu. (Niewiele dowiedziałam się o szkole z ich strony, która chyba czeka na odpalenie). W ramach pierwszej edycji GFF na jeden listopadowy weekend pięknie odnowiony żoliborski Fort Sokolnickiego zamienił się w kulinarną warsztatownię. Miejsce jest idealne na tego typu imprezy. Było smakowisko VEGE i NOT VEGE, strefa interakcji i projekcji, strefa dzieciaka, kulinarna kozetka, targ slowfoodowych produktów….

Wątróbki z pstrąga, targowy HIT.
Lutenica na bałkańskim stoisku.
Dla mnie najważniejsze były warsztaty. Wzięliśmy udział w czterech. Pierwsze poświęcone kuchni wietnamskiej poprowadził Tomek Woźniak. Panował nad żywiołem uczestników i trochę z nami nawet pożartował. Podobno szykuje jakiś autorski program telewizyjny, więc może będzie o nim jeszcze głośno. Bardzo pozytywne wrażenie, choć sam warsztat (zdążyliśmy zrobić jedynie sajgonki) był oczywiście bardzo basic. Ci, którzy liczyli na coś więcej, mogli wyjść rozczarowani. Ja potraktowałam to przede wszystkim jako dobrą zabawę. (Sajgonki były nota bene całkiem niezłe.) Drugi warsztat przeniósł nas na południe Francji, skąd pochodzi ser Roquefort. Z Davidem Gaboriaudem, trenerem kuchni francuskiej przygotowaliśmy małe przekąski na bazie właśnie niebieskiego sera owczego, cykorii, gruszki i różnych prażonych pestek. Ciekawe merytorycznie było spotkanie z Natalią Nowak-Bratek, autorką bloga kulinarno-fotograficznego Krew i mleko. Zaglądam tam czasem i podziwiam. Szkoda, że zbyt wiele nie skorzystałam, bo dysponuję nieco innym sprzętem fotograficznym... (Mam w zasadzie tylko 3 opcje: auto, manual, makro. :-) Organizacyjnie najmniej udany był kulinarny warsztat dla blogerów, chociaż to właśnie on powinien pozytywnie odstawać poziomem. Prowadząca przedstawiła się jako niepraktykująca blogerka i pasjonatka kuchni, skądinąd sympatyczna. (Nie wiem gdzie bloguje. Jeśli ktoś kojarzy, dajcie znać). Na sali panował chaos i mało kto wiedział, jaki ma być efekt końcowy pracy. Obok w strefie dzieciaka odbywało się natomiast granie na garnkach , więc zupełnie nie słyszałam wskazań kierowniczki. Brakowało składników, a zanim powstały finalne potrawy część dań została już zjedzona… :) Śmiesznie było.

Przekąska a la David Gaboriaud
Sosik idzie.
Śledzik z sosem tatarskim na ziemniaczano-buraczanych koreczkach  i sałatka z rukolą i buraczkiem by Pani Blogerka 
David Gaboriaud praży a tłum podziwia.
Znam ich z telewizji!
Pani częstuje zdrowym jedzeniem.
Całkiem fajne były degustacje na dziedzińcu głównym. Sporym powodzeniem cieszyła się kuchnia bezglutenowa Joli Słomy i Mirka Trymbulaka, znanych z programów Kuchni+. Ja najbardziej (i najdłużej) czekałam na Jakubiaka, który choć przybył ze sporym opóźnieniem, pokazał co to improwizacja w kuchni. Na żywo, muszę przyznać, wypada świetnie, a jego mięso było palce lizać. Jeśli tak gotują w jego nowej knajpie Spoco Loco, będzie trzeba się wybrać.

Jadalne talerze z otrębów
Toczyły się między nami spory na temat terminu wydarzenia. Padały pytania, czy nie lepiej świętować dobre jedzenie latem? Dla mnie jednak listopad jest ok. Wakacyjna oferta imprez kulinarnych jest przeładowana, a dzięki GFF miałam poważny powód, by wyrwać się z ciepłego domu (z wielkim trudem, to fakt) w sobotni, mglisty poranek.

Good Food Fest 2012
Nowy Fort Sokolnickiego
ul. Czarnieckiego 51

piątek, 16 listopada 2012

Dziurka od klucza

W listopadzie najbardziej frenetycznie sprawdzam połączenia z każdym krajem potencjalnie cieplejszym niż Polska. W tajemnicy porównuję oferty last minute, chociaż w tym roku i tak znów z nich nie skorzystam. Fantazjuję o lazurowych wodach i słonecznych plażach, o rozległych winnicach i krajobrazach wyjętych z filmów Bertolucciego. Ciągnie mnie wszędzie gdzie ciepło i kolorowo, byle daleko stąd. A tymczasem okazuje się, że nie trzeba spędzać tygodni zagranico, by naładować się porządną dawką smaków i zapachów włoskiej kuchni. Niedawno znaleźliśmy na warszawskim Powiślu wyjątkowe miejsce. Jak bardzo cieszę się z tego odkrycia! Zwłaszcza teraz.


Gdy przekroczycie próg Dziurki od klucza na Radnej 13, od razu uderzą was najpiękniejsze śródziemnomorskie zapachy, przywołujące wspomnienie udanych wakacji. Smażone krewetki? Chorizo? Czosnek? Mule? Przede wszystkim makaron, w Dziurce wyrabiany na miejscu. Pięknie suszy się na drewnianych palach, jak obietnica znakomitej kolacji. My zamawiamy specjalność lokalu, czarny makaron „ma CZAR on”, jeden z krewetkami i chorizo, drugi z krewetkami i oliwkami, podlany maślanym sosem. Obie porcje pięknie wyglądają na talerzu i są po prostu doskonałe. Menu zmienia się tu codziennie. Ceny na szczęście nie. Wahają się w granicach 20-40 zł za danie główne.


Na deser koniecznie tiramisu o smaku pomarańczy i limoncello z kremem na bazie białej czekolady. Osobiście nie przepadam za cytrusowymi deserami, ale ten był pyszny. Oczy zaśmiały mi się też do tortów: czekoladowego i chałowego, wydawały się dziwnie znajome… Nic dziwnego, pozostałe desery dostarczają dziewczyny z natolińskiego Qki. To miejsce opisywałam na blogu w październiku. Świat jest mały!




I jeszcze parę słów o wnętrzu. Jest niewielkie i przytulne, dosłownie kilka stolików. (Warto wcześniej zrobić rezerwacje). Właściciele zadbali o to, by stworzyć miejsce, którego nie chce się opuszczać. Są świeże warzywa półkach, lawendowe ściany i nastrojowe lampeczki.  Wymarzony entourage dla udanej kolacji we dwoje. Niestety brak w karcie wina. Toast za piękną Italię i nasze najnowsze restauracyjne odkrycie wznieśliśmy już w zupełnie innym lokalu.



Dziurka od klucza
ul. Radna 13

poniedziałek, 12 listopada 2012

Paris, Paris...

Podobno Francuzi nie lubią cynamonu. W przeciwieństwie do amerykańskiej, francuska kuchnia z rzadka i oszczędnie korzysta z dobrodziejstw tej przyprawy, która rzekomo dominuje inne smaki. Z tym, jak również z wieloma innymi mitami na temat zwyczajów kuchennych nad Sekwaną rozprawia się David Lebovitz na kartach swojej ostatniej książki „Słodkie życie w Paryżu.” A że do tej pory moje związki z Francją ograniczały się głównie do French Fries, z wielką ciekawością usiadłam do historii amerykańskiego cukiernika, który po osobistych zawirowaniach przenosi się z San Francisco do Paryża. Po drodze ginie jego paczka z książkami kulinarnymi, które zbierał całe życie. (Tego nawet ja nie mogę do dziś przeboleć, co za strata!). Innymi słowy w życiu zawodowym i osobistym zaczyna wszystko od nowa. Powoli odkrywa smaki paryskiej egzystencji, nawiązuje znajomości z tubylcami, poznaje obyczaje, i tłumaczy czytelnikowi nienapisany nigdy alfabet rasowego paryżanina. Jego historie nie ograniczają się do wizyt w najdroższych knajpach i recenzji beaujolais nouveau. Jako pracownik rybnego stoiska czy sprzedawca w sklepie z czekoladkami zabiera w niezwykle ciekawą podróż opisując francuskie dziwactwa uzupełnione o wartościowe adresy. Od pierwszych stron pokochałam jego styl bycia i poczucie humoru, którego tak brakuje mi w innych kulinarnych publikacjach.


Jeśli interesuje was tematyka szwędaniny obcokrajowca po stolicy Francji, z pewnością traficie na opublikowaną całkiem niedawno  pozycję „Paryż na widelcu” autorstwa Stephena Clarke’a. Trzeba zaznaczyć, że ten subiektywny przewodnik po Paryżu nie ma zbyt wiele wspólnego z gotowaniem, nie dajcie się zwieść tytułowi. Ja troszkę dałam się wyprowadzić w pole i stąd pewnie moje małe rozczarowanie. Jedzenie to zaledwie jeden rozdział książki. Paryż Clarke’a, brytyjskiego dziennikarza, który ostatnie lata pisze i publikuje książki o Francji, to kombinacja najróżniejszych tematów – woda i kanalizacja, miłość i seks, moda i ulice. Jak dla mnie trochę za dużo grzybów w barszczu, przez co tekst całościowo traci na wiarygodności. Jest o wszystkim, a właściwie tak naprawdę o niczym. Na pewno jednak Clarke podchodzi do każdego tematu ze swadą i czyta się to z dużą przyjemnością. Ciekawski czytelnik znajdzie tam masę nie pozbawionych pikanterii historii, których na próżno szukać w klasycznym przewodniku. Dlaczego paryscy mężczyźni mają zwyczaj sikać na ulicy? Gdzie najlepiej powiedzieć drugiej połowie „Je t’aime” i jak poprawnie złożyć zamówienie w restauracji nie popadając w niełaskę aroganckiego kelnera?


W wyścigu o laur najlepszej lektury na listopad wygrywa jednak zdecydowanie Lebovitz. Jeśli podobnie jak mnie, dręczy was uczucie dojmującego, listopadowego chłodu, usiądźcie przy kawie do jego książki, a następnie wykorzystajcie jeden z jego przepisów. Przynajmniej 5 z nich zasługuje na natychmiastowe wypróbowanie. I nie martwcie się o kalorie. Zdaniem WHO, Francuzi zajmują 3 miejsce pod względem średniej długości życia. A to oznacza, że słodka francuska dieta działa cuda!

PS. Po skończeniu „Słodkiego życia w Paryżu” zajrzałam oczywiście na stronę autora, żeby dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Po raz pierwszy też zobaczyłam jego zdjęcie i hmm, teraz wiem już, że facetowi o takim uśmiechu (zdecydowanie daleko mu do Georga Clooneya) można zaufać!

Słodkie życie w Paryżu
Smaki francuskiej kuchni i smaczki paryskiego życia
David Lebovitz
Wydawnictwo Pascal

Paryż na widelcu
Sekretne życie miasta
Stephen Clarke
Wydawnictwo W.A.B

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...