Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śródmieście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śródmieście. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2013

Good Morning, Vietnam!


W każdym większym mieście jest przynajmniej jedna knajpa o nazwie Good Morning, Vietnam lub Bonjour Vietnam. Od niedawna Warszawa ma swoją. W Kopenhadze pod tym szyldem kryje się jedna z najpiękniejszych restauracji w kraju, w Londynie – mekka fanów azjatyckich smaków. Polskie Bonjour Vietnam – bo tak nazywa się lokal o którym dziś piszę, to nowa kanapkarnia w samym centrum Warszawy. W dość ciemnym, barowym wnętrzu można zjeść świeże śniadanie lub przegryźć coś w ciągu dnia. W menu kilka rodzajów kanapek, między innymi wietnamskie bagietki z naleśnikiem i boczkiem (11 zł). Do tego bubble tea (10 zł), koktajl z mango lub wietnamska kawa. Uwaga, menu z dużą ilością kolendry! Po wszechobecnej modzie na zupę pho, wietnamskie kanapki to miła odmiana. Na razie dość sterylnie i czysto, ale miejmy nadzieję, że wkrótce właściciele uzupełnią menu o choćby małe wietnamskie przekąski. Wrócę po nie na pewno.


Bonjour Vietnam
ul. Chmielna 16

piątek, 19 kwietnia 2013

Męskie rzucanie mięskiem


Bardzo długo zbierałam się do tej recenzji. Niełatwo opisać miejsce, o którym tak wielu smakoszy powiedziało już tyle dobrego. Co można jeszcze dodać? Spróbuję od początku. Zaczęło się od informacji, że już są otwarci. Potem były entuzjastyczne recenzje znajomych i tekst w Food & Friends, który wyjaśnił niewyjaśnione, zilustrował niewyobrażone i mocno zmobilizował do działania. – Muszę ich odwiedzić!

Mowa o Butchery & Wine – jednej z niewielu restauracji typu steak house w Polsce, serwującej mięso najwyższej jakości. Dziś, gdy prawie wszystko znajdziemy na półkach sklepowych, rzadko miewamy kulinarne marzenia, raczej zachcianki, które zwykle dość łatwo spełnić.  A szkoda, bo oczekiwanie na wymarzony smak to jest coś, czego nie da się porównać do niczego innego. Zmysły szaleją, bo jak wyobrazić sobie smak lekko surowej wołowiny albo szpiku kostnego?  

W Butchery & Wine wszystko skoncentrowane jest na smaku. Męski, prosty wystrój nie rozprasza. Niewielka karta podkreśla jakość każdej z serwowanych potraw. Właściciel Daniel Pawełek czuwa na miejscu, widać że nie jest tylko figurą tego lokalu. 15 lat doświadczeń kulinarnych z Wielkiej Brytanii przeniósł na polski grunt i to z dużym wyczuciem. Dla mnie hitem tego miejsca pozostanie stek Bavette, podawany z szalotkami i frytkami. Wspaniały, rozpływający się w ustach kawał na wpół surowego mięsa w doskonałej marynacie. Koniecznie trzeba spróbować też pieczonego szpiku kostnego podawanego z grzankami  i sałatką z kaparów i pietruszki. Absolutnie dziwny, intensywny smak, niepodobny do niczego. Ceny wysokie, ale jeśli kochacie mięso, warto rozbić świnkę na okoliczność takiego wyjścia i doświadczyć czegoś kompletnego.

„Love what you eat” mówi motto knajpy. And I loved it.

Dorzucam jeszcze przepis na jedną z przystawek, serwowaną w Butchery & Wine. Nieźle sprawdza się jako starter do mięsnej uczty.



Sałatka z kalarepy z kaparami

1 kalarepa
½ małej czerwonej cebulki
2 łyżki kaparów
Natka pietruszki
2 łyżki soku z cytryny
Łyżka oliwy
Sól, pieprz

ul. Żurawia 22

środa, 30 stycznia 2013

When the lifestyle you ordered is currently out of stock



Odsłuchuję właśnie ulubione kawałki z ubiegłego roku i w klimacie podsumowań wracam do mojej pierwszej notki na blogu, tej o Julii Child. To już prawie pół roku cynamonowej pisaniny od pamiętnego sierpnia! Ledwie zamknęłam szalony 2012, a tu kolejny rok sunie do przodu, nie pytając nikogo o zdanie. Zmiany, zmiany, zmiany. Niewiele czasu na gotowanie, które relaksuje i pozwala na chwilę wyłączyć myślenie (paradoksalnie). Łatwiej złapać się na mieście, wypić kawę i pobiec dalej. I chociaż na chwilę poczynić starania, by jak najlepiej wykorzystać ten czas. Na wymianę myśli, spostrzeżeń, wzajemne zapewnienie, że w tym szaleństwie jest metoda.


Tak naprawdę dziś miało być o pewnej izraelskiej sieciówce – Aroma Espresso Bar. W styczniu otworzyli kolejną, już trzecią lokalizację w Warszawie. Dotychczas można ich było znaleźć na Krakowskim Przedmieściu i Kruczej. Ja poznałam Aromę dopiero, gdy pojawiła się na Chmielnej, czyli całkiem niedawno. Minimalistyczny wystrój, pieczywo wypiekane na miejscu. W ofercie, z ciekawszych rzeczy, śniadania i długa lista kanapek, np. z omletem. Podobno po burgerach przyszła pora właśnie na sandwicze. Na fali kanapkowego boomu jeszcze nie raz o nich w tym roku napiszę.


Aromę odwiedziłam z osobą, bez której ten blog na pewno nie ruszyłby z miejsca. Natalia to spiritus movens całego przedsięwzięcia, matka chrzestna pierwszej wody. Potrzeba było kilku miesięcy wiercenia dziury w brzuchu, technicznego wsparcia i wielu zapewnień, że mogę, że potrafię, zanim Cynamonowy dom zaczął wypełniać się treścią. Teraz N. ciągnie za uszy, by pisać dalej, mimo braku czasu. Motywuje i wspiera, wyciąga w ciekawe miejsca, które potem wam opisuję. Ciągle liczę na to, że wreszcie coś wspólnie ugotujemy. :) A skoro już o motywacji mowa, dziękuję wszystkim, którzy komentują, podsuwają pomysły lub zwyczajnie tu zaglądają. I proszę o więcej. :) A miało nie wyjść sentymentalnie...


Aroma Espresso Bar
ul. Krucza 6
ul. Krakowskie Przedmieście 7
ul. Chmielna 1/3                                                                                                     

środa, 21 listopada 2012

Cumpleaños w Dos Tacos – Mexican Grill

No dobrze amigos, dziś relacja z mojej szybkiej wizyty w lokalu, do którego nie trafiłabym, gdyby nie pewne huczne pierwsze urodziny i salsowe towarzystwo bliskiej mi osoby. Mowa o restauracji Dos Tacos – Mexican Grill, która w zeszłym tygodniu skusiła mnie zaproszeniem na swoje cumpleaños. 


Nie będę udawać, że w tak krótkim czasie udało się spróbować wszystkich dań z karty. Za to 1:0 dla nas w kwestii degustacji Corony i margarity… Zdecydowanie konieczne będą tu poprawiny, zanim z czystym sumieniem wykrzyknę „Lubię to”. Jest jednak kilka rzeczy, o których już teraz mogę wspomnieć. Na pewno będąc w Dos Tacos warto spróbować tradycyjnej meksykańskiej pozole, czyli rozgrzewającej zupy z wołowiną i białą kukurydzą. Pozole serwowana jest oddzielnie z sałatą i limonką. (Sałatka trafia do wywaru). Nie jest to danie, które znajdziecie w wielu innych meksykańskich kuchniach. Próbowałam i mogę spokojnie polecić. Tacos serwują świeże i smaczne, bez zarzutu. Mają też takie specjały jak ananasowa salsa i churros z gorącą czekoladą. Churros to słodkie paluchy z ciasta ptysiowego. Nie wiem jak w Meksyku, ale w Hiszpanii churros jest popularnym jedzeniem ulicznym. Podjadają je zwłaszcza powracający nad ranem imprezowicze. W Dos Tacos porcje nie są małe, a w drinkach nie żałują alkoholu. Ceny adekwatne do jakości (15-40 zł).


Miłym zaskoczeniem była muzyka na żywo, a także obecność wielu meksykańskich twarzy. Wiadomo, że gdzie jedzą swoi, tam karmią najlepiej. Dla mnie największym minusem i jednocześnie powodem, dla którego normalnie raczej bym tam nie trafiła jest lokalizacja. Dos Tacos znajduje się na V piętrze Millennium Plaza. Otwarcie knajpy w takim miejscu, mocno wyludnionym po 18, należałoby rozpatrywać w kategorii: „Challenge Accepted”. Nie jest to więc dobra miejscówka dla kogoś, kto co wieczór próbuje zapomnieć o swoich korpo-dniach. Na pewno jest to lokal bardziej na fiestę ze znajomymi niż romantyczną kolację we dwoje. Na pierwsze urodziny życzę im bardzo gorąco nowego adresu!


PS. Wybaczcie kiepską jakość zdjęć. Gdy na stole pojawia się tequila, aparat zaczyna odmawiać posłuszeństwa... ;)

Dos Tacos – Mexican Grill
Al. Jerozolimskie 123A
Millennium Plaza, V piętro, Plac Zawiszy

środa, 31 października 2012

Miasto śni o sushi


Tokio. Knajpa Sukibayashi Jiro w podziemiach metra. Serwują tylko sushi. Płatność wyłącznie gotówką. Długi stół i kilkanaście barowych krzeseł. Łazienka na zewnątrz. Japoński standard ulicznego sushi baru? Błąd. Mowa o wyjątkowej restauracji sushi uhonorowanej najwyższym wyróżnieniem kulinarnym–trzema gwiazdkami Michelina. Jeśli wejdziesz z ulicy i złożysz rezerwacje, przy odrobinie szczęścia za kilka miesięcy zjesz najdroższy posiłek w życiu naprzeciwko Jiro Ono – człowieka legendy. Sukibayashi Jiro to jego królestwo niezmiennie od kilkudziesięciu lat. Dokumentalny film „Jiro śni o sushi” opowiada historię tego 85-latka. Niespiesznie, banalnie, bez dramatycznych zwrotów akcji. Zwykła opowieść o codziennych zmaganiach niezwykłego starca, zmaganiach, które zaprowadziły go na wyżyny kulinarnego kunsztu. Przydługie ujęcia z pozoru proste i o niczym, w rzeczywistości tak szczelnie wypełnione sensem, jak sam główny bohater. Ten film to niezwykłe spotkanie z kuchnią i kulturą wzbudzającą jedynie wielki szacunek i podziw. No i może jeszcze spory apetyt na sushi.

Niestety nie mogę obiecać, że w najbliższym czasie odwiedzę Jiro i to szczegółowo opiszę. It’s a hard knock life jak mawiają za wielką wodą, a ja czasem muszę zacisnąć pasa niczym Michał Figurski. Jedno jest pewne, w związku z tym, że za swoje jedzenie muszę sama zapłacić, możecie liczyć na jedynie szczere recenzje. A jeśli kiedyś zobaczycie tu notkę z Sukibayashi Jiro, to wiedźcie że wreszcie coś mi skapnęło z wielkiej kumulacji. A u nas? Groupon goni Groupon i człowiek się tylko zastanawia ile procent sushi w sushi. Czasem trafi się jednak miejsce, gdzie Japonia jakby trochę bliżej.


O Inabie napisano wiele na przestrzeni ostatnich, dajmy na to 15 lat. To jedna z pierwszych restauracji japońskich w Warszawie, powstała jeszcze w latach 90. Pisał o niej Piotr Bikont, wspomniał Daniel Passent, wybraliśmy się i my. Jak wyglądała, co serwowano tam 10 lat temu – tego nie wiem. Postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda dziś i jak wypada na tle sporej już warszawskiej konkurencji. Spotkałam się z negatywnymi komentarzami na temat wystroju, że ascetyczny, że nic szczególnego. Dla mnie przyjemnie minimalistyczny. Menu mocno rozbudowane, dobre japońskie piwo. No i sushi, na którym przede wszystkim skupiliśmy uwagę. Zamówiliśmy kilka różnych rolek i wszystkie były przyzwoite, ale cóż efektu Jiro brak. Ceny dość wysokie. Na pewno wartościowe jest to, że Inaba to coś więcej niż zakład sushi. Można tam też zapisać się na warsztaty i czegoś więcej dowiedzieć o kulturze Japonii. Dla sushi-szajbusów na pewno adres godny polecenia, bo tam znajdziecie pierwsze ślady Tokio w Warszawie. Warto wiedzieć, gdzie się to wszystko zaczęło.


Inaba
Ul. Nowogrodzka 84/86

PS. O komiksie Anthony’ego  Bourdaina Get Jiro napiszę więcej, jak tylko trafi w moje ręce.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Wspomnienie mięsożercy

Jeśli zastawialiście się kiedyś, co członkowie zespołu ZZ Top jedzą co rano na śniadanie, chyba mam dla was odpowiedź. Barn Burger – spotkanie oko w oko z pierwotną żądzą mięsożercy. Całkiem sporo testosteronu na zupełnie niewielkiej powierzchni.

Najpierw chwila oczekiwania na stolik, co tylko zaostrza nam apetyt. A potem runda pierwsza, która oddzieli chłopców od mężczyzn. Zamawiamy zestawy: z klasycznym hamburgerem i z Muppetem (cheeseburger z jalapeno). Wjeżdża kawał wysmażonej wołowiny Angus - najbardziej wołowej z wołowin, coleslaw i najlepszy sos barbecue. Do tego fryty, i to zdaje się, z prawdziwych ziemniaków! J Jemy, szkoda czasu na popijanie. Z głośników dobiega nas męskie granie, na telewizorze Extreme TV. Jest dobrze, kotleciska się smażą, obok całe rodziny zasiadają do wielkiej mięsnej uczty.


W Warszawie jest sporo hamburgerowni, ale ta niepozorna budka to zdecydowanie jedna z najlepszych. Warto umieścić ją na swojej stołecznej kulinarnej mapie. Menu nie jest zbyt bogate, właściwie tylko kilka hambuksów i stejki, ale z drugiej strony, czego trzeba więcej? Jedyny minus to brak normalnej toalety i pieruński skwar w środku.


Mam nadzieję, że Wujek Sam zawitał na ulicę Przeskok 2 na dłużej. Smak Ameryki – lubię to!
Barn Burger, ul. Przeskok 2. Nieczynne w niedzielę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...